criminalist blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2005

    Moja własna podświadomość chyba chce mnie zatłuc. Wczoraj działo się ze mną to, co nie powinno było się dziać.

    Płakałam.

    Płakałam tworząc sobie własne wyobrażenie sprawy, pomimo wyznaczników, które udowadniały, że rzecz ma się zupełnie odwrotnie. Ale ja musiałam, po staremu, stworzyć sobię iluzję…

    Na dobicie przeraził mnie wskaźnik na wadze. Coś jest nie tak, przecież spędziłam tydzień czasu na chodzeniu po górach, jedząc 3 regularne posiłki dziennie, w odpowiednich do wysiłku ilościach…

    I chyba muszę zrobić rzecz, która napawa mnie odrazą.
    Muszę przejść na dietę (dla własnego utrzymania czystego sumienia).

    Z tego powodu też płakałam.

    I wracam za tydzień. Tzn. w niedziele rano pewnie. W Góry Kaczawskie, z uczelnią na ćwiczenia terenowe. Dziś wypytałam „kumpla” z grupy (piszę w ” bo i tak wiem, że obgaduje mnie jak cała reszty elity zgranej i dobranej w naszej grupie) co tam się działo i poza tym, że chodzi się po górach 8-9h, wieczorem ma się wykłady a na koniec robią nam zaliczenie, nie zszokowało mnie nic. Bo oczywiste jest, że wszyscy chlorzą, chodzą nabimbani codziennie w góry i ogólnie dobrze jest. Mnie natomiast to jakoś nie podnieca i wieczorami mam zamiar wreszcie zacząć czytać książkę o Japonii, którą zakupił mi dziadek. No, ew. będę kuchcić.

    Tzn. nie płaczę dniami i nocami, świat mi się nie wali. Po prostu czekam i tęsknię.

    Brakuje mi Jego ust, Jego dłoni, Jego spojrzenia, Jego czupryny którą można tarmośić, Jego głupich min i „wiewióra”, Jego dotyku…
    Naszych rozmów, wspólnego ćwiczenia na siłowni, śmiechu, spacerów…

    Ale żyję normalnie. Nie zamydlam sobie ani umysłu ani oczu. Robię co mam robić.

    Ale mimo wszystko, to jednak tęsknota…

    ***

    Polecam trzecią część Gwiezdnych Wojen, naprawde warto zobaczyć!
    Anakinowi to dałabym się za same jego spojrzenie ;>

    W zasadzie to tydzien,bo w niedziele wyjeżdżam na jakieś zadupie z uczelni.

    D. wyjechał wczoraj. A w nocy z niedzieli na poniedziałek tulił się do mnie wyjątkowo…
    Wrzucono Go do wagonu odkupionego od InterCity – taki fajny, bez przedziałów za to z dzielącymi go szklanymi drzwiami (jak w wagonach laboratoryjnych), z fotelami jak w samolocie i bandą dzieciarni – co się okazało – z mojej byłej podstawóki (tyle że z tej części niemuzycznej). Przywitała mnie moja była nauczycielka religii, potem wypatrzałam biologicę i chemicę w jednym („o, bardzo dobra uczenica była” – słowa skierowane na mój temat do D.) i generalnie stwierdziliśmy z D., że PKP zapewniło mu darmową metodykę (która ma do zaliczenia na uczelni). Oczywiście i tak pół drogi przespał, ciekawe tylko jak Mu się wogóle udało tam zasnąć…

    A ja obiadkowałam ze starym znajomych na chinszczyźnie, po czym oczywiście ruszałam się ledwo co. Odebrałam z Deichmann’a zrobione buty (reklamacja),złożyłam swoje CV w Multikinie i jednym sklepie z ciuchami (wow, ale rozmach), ćwiczyłam starty na basenie (16x25m start co minutę) i rozpłakałam się w autobusie oglądając Jego zdjęcia na komórce.

    A dziś rano przyszedł mi zwrot podatku, tak więc na wyjeździe nie będę głodować.

    A jednak, tak jak myślałam że dzielnie zniose świadomość rozstania z D. (wyjeżdża na zgrupowanie), tak trochę się przeceniłam i zaczęłam wczoraj płakać.
    Fakt, to tylko 2 tygodnie, ale potem będą 3, potem cały miesiąc, a pod koniec roku 3 miesiące. I nie pociesza mnie to, że jeśli chcę, to mogę Go poprosić, żeby mi coś przywiózł. Świadomość, że gadżet jest od Niego nie sprawi, że tęsknota zniknie i poczuję się lepiej.

    Capoeira się ulatnia. Nie wiem co się dzieje, po prostu nie mam ochoty chodzić na treningi. Brak motywacji? Nie potrafie tego określic. Chyba znów odnalazłam się w pływaniu.

    Niby zdwojona, a nawet potrojna ilość treningów w wodzie odgoni mnie od myślenia i przyśpieszy czas Jego powrotu, ale jak trenując nie myśleć o kimś, kto też trenuje…

    Muzealnictwo zaliczone na 4,5. Statystyka…zobaczymy. Tak, to oczywiste, że nie napisałam jej sama.
    Dzisiejsza ekonomia (koło z ćwiczeń) – lipa na maksa. Kobieta zaskoczyła nas testem na „wpisz w pole” a nie „wielokrotny wybór”. A na pytanie „Kiedy będzie poprawka” odpowiedziała, że we wrześniu.

    No to chuj.

    A z tej serii „z górki” – ostatnio napadło mnie na gotowanie. Znaczy się zaczęło się od spaghetti dla mnie i dla D. (wcześniej tylko dla mnie ale to pomijam), potem były kotlety mielone z ryżem i pomidorkami (też dla D.) a dziś robię kurczaka w 5ciu smakach (niestety, D. ma trening, ale tata się naje; mama wyjechała).

    Oto dowód na to, że szczęśliwy związek pomaga ewoluować :)

    Idę pomieszać kurczaczka…

    Niebieskooki pozostawił mi po sobie kilka obaw, które ujawniają się zupełnie bezpodstawnie przy D.
    Bo jest coś podobnego, a ja sobie już dopowiadam co będzie dalej. Bo skoro już było to i teraz musi być. A wcale nie musi.
    To tak jakbym na siłę chciała, żeby było. A wszyscy tu zgromadzeni wiemy, że gdyby było, to sama wbiłabym sobie noż w plecy.

    Bo ja chyba nadal nie wyjęłam tych noży, które powibijał mi Niebieskooki.

    Czy strach przed tym, że coś się powtórzy (mimo tego, że się nie powtórzy!!!), to brak zaufania?

    Dociera do mnie powoli, że nie będzie tak kolorowo. Nie wiem, po co myślę o tym, co stanie się jak D. zacznie wyjeżdzać na dłużej i co będzie jeśli mi uda się wyjechać na całe wakacje. Dziśz tego powodu coś mnie złapało. Na szczęście ludzie na treningu (basen) i ilość basenów do zrobienia poprawiły mi nastrój.

    Po prostu nie chce się wypuszczać z rąk kogoś tak wspaniałego.

    Międzyzdroje z mamą. Było znośnie. Zawsze byłoby znośnie, gdyby nie świadomość, że każdego dnia wracamy do domu, w którym mieszka chory człowiek zwany moim ojcem, a jej mężem.

    Wykąpałam się w basenie, posiedziałam w jakuzzi (dzięki ci mamo za znajomości :)), wypiłam malibu z mlekiem i podreptałam na molo.
    Poczłapałam po piasku nad brzegiem morza, liczyłam metry aby obliczyć gdzie stała każda wieża ratownicza i siadłam na piasku w miejscu mojej wieży, krzycząc do mamy stojącej nad brzegiem „może pani odejść, przeszkadza mi panie w pracy, nie widzę wody” :]

    Kotki przy smażalniach ryb, leżakowanie na plastikowych legowiskach obok Ambera, potem stres związany z kupnem biletów na pociąg (pozwoliłam sobie wydrzeć się na kobietę w okienku) i….uuuusaaaa :>

    O rety, ja znów piszę jak za dawnych czasów…

    …na solarium. Właśnie skończyłam wsmarowywać w ciało drugą już dziś porcję balsamu po opalaniu. Mam czerwony dekolt, brzuch, piersi, pleci i chyba pupe :>

    D. i moi znajomi. Kino. Fajnie. Super. Pozytyniwe. KFC, Brama Jazz Caffe i Tequila Sunrise…i burza :) Na szczęście spędzona w taksówce :)

    A wczoraj spotkanie z M., która nie ukrywała swej radości na mój widok. I rozmowy, rozmowy, rozmowy. Chyba też pokusi się na terapię, bo ja jej jedynie mogę wyjaśniać czemu jest tak i tak, ale nie umiem nakierowywać na właściwą drogę.
    Spotkanie miało się rozpocząć i zakończyć w Soho, ale ryczące 13tki nie wywarły na nas dość dobrego wrażenia i zmieniłyśmy lokal. Pustki (bo to niedziela przecież była). Tak więc pojechałam do D., przenocowałam tam sobie, wróciłam dziś o 16, wyleciałam do kina i patrz jak wyżej :)

    Nothing unusual.

    Rodzice?
    Nie mieli wyboru akceptacji, komóra mi padła ;)


    • RSS