criminalist blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 8.2005

    Dziś to chyba wszystkim za mocno przyświeciło.

    a) D. uraczył mnie informacją, że Jego była bardzo nalegała, aby przesłał jej nasze wspólne zdjęcie. Nie zrobił tego.
    A ja naprawdę zastanawiam się czego ona do cholery od Niego chce.

    b) trener D. stwierdził, że przydałoby mi się wsiąść na rower i z D. na szosę pojechać, bo inaczej będę tyć. A co mu do mojej wagi?!?!?

    c) pies D. nie szalał na spacerze. Dziwne

    d) dostałam listem, z Francji, kolczyki piórka. Czarne. Od tajemniczego wielbiciela :)

    Damn!

    A jutro na 9 do pracy…

    P.S. Piszczę D., żeby kupił PlayStation 2 z grą gdzie się na snowboardzie jeździ. On nie musi grać, ja pogram :)

    Dlaczego ciągle chcemy więcej? Nie od siebie, lecz od innych? Dlaczego nie możemy cieszyć się tym, co mamy? Dlaczego pesymistycznie podchodzimy do sprawy, kiedy to należałoby szukać optymistycznych cech?

    Znowu mam dziwny dzień. Znowu coś mi nie gra. Tak, mi. Nawet D. zauważył, że ja ciągle jestem na „nie”. Zero optymizmu.
    Najwidoczniej nawraca to czego w sobie bardzo nie lubię.

    Mogłam jechać dziś z mamą nad morze. Nie wiem czemu tego nie zrobiłam. Tzn. wiem, ale sama przed sobą wstydzę się przyznać.

    Tak, szlag mnie trafia, kiedy D. nie odpisuje na smsy. Mimo tego, że wiem, że pewnie śpi. Ale to nie stanowi.
    I tak mnie trafia.

    Chore, prawda? Złapałam się na tym, że zaczynam mówić sobie na głos różne rzeczy, aby przekonać samą siebie, że przecież jest dobrze. Że nic się nie dzieję.
    Też chore.

    …nie był zły (poprzedzony rowerem wodnym z D.). Fajowo. Mój utarg – 316 zł. Szkoda tylko, że procent od tego jest mały. Ale przynajmniej mam 50% zniżki na artykuły jako pracownica. Już dziś kupiłam brelok-pudełeczko w kształcie serca (nadal nie wiem co z nim zrobie, póki co jest przypięty do kluczy) i słodką kartkę z kopertą oraz plastikową karte (a’la kredytową), też słodką, dla D. A co. Jak szaleć to na całego.

    Trzeba się zabrać za naukę do fizjo. A mi się naprawdę nie chce.

    Nocka.

    Brak komentarzy

    Przed 22 kumpel podjechał po mnie autem. Zajechaliśmy po jego rodziców i innego kumpla, obmyślając sens jechania po D. na granicę.

    Na Wałach średnie tłumy, koncert Bajmu jak najbardziej udany. Po D. nie jedziemy, bo za półtora h byłby na granicy a my możemy pojechać po niego dopiero po 1, być na 3, a to się nie opłaca, bo On o 3:15 ma pociąg z Poznania do Szczecina.

    Po Wałach odwozimy rodziców, załadowujemy dwie kumpele, ruszamy w trasę, po drodzę BP i hot-dogi, potem poszukiwanie jakiegoś jeziora (o 3 nad ranem) gdzieś godzinę drogi za Szczecinem, sms’y do D. w stylu żeby po Niego na dworzec przyjechać (oczywiście moja obecność przy kumplu zostaje utajona coby niespodzianke D. zrobić).
    I zszarpane nerwy, bo okazuje się, że koledze zachciało się alkoholić więc po D. nie pojedziemy („gdzie była mowa o tym, że ja chce po niego jechać? To ty tak kręciłaś” – pomijamy fakt smsów w stylu „a o której będziesz w Szczecinie, odezwij się na 50km przed dojazdem” które definitywnie oznaczają chęć odebrania D. z dworca), ja już nie w sosie.
    I siedzenie do godziny przed 6 na klatce schodowej kumpla. Oczekiwanie na D. pod klubem. Rozmowa. Głupie analizy. I rozpacz z mojej strony.

    I D.

    Rozmowa, a potem D. w łózku, ja pod prycznicem i też w łóżku, i pół przespanego dnia. I seks, wygłupy, kanapki z podróży, herbata…

    Jaka jestem zmęczona, szok.

    Wczoraj wybrałam się poskakać gdzieś z kumpelami D. (w sumie to teraz już moimi). I w rezultacie wylądowała jeszcze w innym miejscu z siostrzenicą jednej z dziewczyn. Wszędzie gimnazjum. Średnia wieku przerażająca. Muzyka zbyt wydoroślała jak na nich (dobry stylowy house a oni gdzieś zagubieni). I Dj który grał na mojej studniówce, na urodzinach ludzi z mojej byłej klasy liceum.

    Do mojej głowy trafiły kolejne ploty, informacje…i tak się tylko zastanawiam, czy jednym uchem wpuścić i wypuścić drugim, bo to przecież nie dotyczy już mnie, czy też zabrać się za głębszą analizę (to mogłoby zaboleć).

    Na 12:00 idę na 3h do sklepu z zabawkami na pracę próbną. Bo ja ambitnie szukam roboty.

    ***
    15:51

    Dostałam pracę w sklepie z zabawkami. Na początek dobra sprawa, za wyjątkiem tego że od stania i chodzenia nogi w tyłek włażą. Ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.

    Separacja.

    1 komentarz

    Nareszcie? Może i nareszcie. Przynajmniej powietrze się przeczyści.
    D. wyjechał na zawody do Niemiec.

    Jakoś w weekend wypływam z rodzicami do Berlina, nie wiem czy mi się chcę. Wiem, że trzeba się zabrać za naukę.
    A tego mi się na pewno nie chce.

    Starsza ma dziś wrócić. I nie chce mi się sprzątać mieszkania.

    W sumie to nic mi się nie chce. Ew. spać. Nie miałabym nawet siły marudzić D..

    ***
    19:47

    Co chwilę zmieniam szablon. Nie wiem co mi jest. I upierdliwie wpisuje się innym na blogach. Może i zaczną wpisywać się mi.

    Dodałam kilka linków, kilka też zniknęło. Nie oszukujmy się, nie będę czytać tego co już dawno przestało mnie interesować.

    Przymulona jakaś jestem. Rodziców brak. Starszy pewnie w pracy (dziś ma urodziny, kupiłam mu cygaretki), matki kompletnie nie widać (a miała wrócić po południu).

    D. już dojechał. I cisza. Nie przeszkadza mi to. Niech sobie milczy.
    Chyba się ustabilizowało. I tak właściwie się zastanawiam. Nad tym że nie potrafie powiedzieć „jest ok, jest dobrze” kiedy jest. Zawsze wpiszę, że coś nie tak. Albo pominę fakt szczęśliwej sielanki. Bo na blogu dziwnym trafem zwykle piszę jak jest be.

    Czytałam archiwum. Trochę bardziej wstecz. Przeraziło mnie to co czytałam. Za czasów Niebieskookiego (który tak naprawde miał zielone oczy i nazywał się Michał, a nazwisko posiada tak kretyńskie, że sobie podaruję).
    I jak teraz patrzę na to, co mi się przytrafiło (a raczej kto) to tylko dziekować losowi (tak to się pisze?), że na IKFie D. miał swoje zdjęcia w gablocie i że Go skojarzyłam.

    O nie, starsza wróciła. Niech spada z powrotem na swój urlop.

    Tak nazwałam D.,kiedy doszło do kolejnej wymiany zdań na temat Jego wyjazdu do Ińska z przyjacielem.

    Wstałam. Zaczęłam się ubierać. Nie wierzę w to, aby mnie nie słyszał. Nawet oczu nie otworzył.
    Wyszłam.

    Zadzwoniłam jakąś godzine później. Mówił, że spał. Mówił, że zastanawiał się gdzie poszłam. I nie zadzwonił, nie napisał, nie był zainteresowany?

    Wygranełam mu wszystko. Szkoda, że przez telefon.

    Zamilkł.

    Popołudnie spędziłam na jachcie ze starą sympatią. Elf. Nie, nic nie było. Ale widzę, że chłopa do mnie ciągnie.

    A D.? No jest ok.

    Koniec z rozpamiętywaniem rzeczy, których i tak nie da się odkręcić. Powiedziałam co mam powiedzieć. Teraz mogę jedynie czekać.

    Czyli spędzam czas z D.
    Kupa śmiechu, oglądanie filmów, alkohol, jedzenie, treningi (mierzyłam D. czas na 200m), złamane obojczyki (jeden małolat na torze zaliczył wywrotke bo Gosia w niego wjechała, tylko spojrzałam na ramię i już wiedziałam o o co biega, a rentgen tylko potwierdził moje osądy), impreza, puszczony foch (wreszcie zaczęłam zachowywać się jak kobieta :P ) i takie tam.

    Jednym słowem – lenistwo.

    Czego więcej chcieć?

    (Tak tak, znów on nie będzie odbierał telefonu i się rozhisteryzuje).

    Aby wszystko było proste.
    Aby na wszystko znalazł się jakiś lek.

    Wczorajszy dzień w Świnoujściu przebiegał bez większych zakłuceń. Jedynym chodzącym mankamentem był mój kochany dziadek, któremu to coś się nie spodobało i awantura gotowa (bez względu na to, kto znalazł się na pokładzie jachtu, którym wracaliśmy do Szczecia).

    Oczywiście ambitnie prześladują mnie małe kociaki. Na jednej z jednostek pływających znalazły się dwa dłuższowłose niż normalnie małe dachowce – rodzeństwo. Kotek i kotka. Niestety – mama nie była zdecydowana a ojciec dobitnie zakazał mi ściągania do domu kolejnych zwierząt (argumentując to jak zwykle wymyślonymi tekstami).
    Na szczęście mogłam do woli robić zdjęcia pociesznym maluchom.

    A moje wątpliwości co do D.? Wczoraj nie miały szans się pojawiać bo przecież wszystko było na swoim miejscu. Było zabawnie i w busie w drodze do Świnoujścia (biedactwo nie mogło się wygodnie rozłożyć na tylnich siedzeniach bo jest takie duże i szerokie :) ), i na mieście (szczególnie przed wystawą sklepu z maskotkami gigantami: dalmatyńczykami, tygrysami, pumami etc etc), w Empiku (D. w przewodniku po Krymie dokładnie pokazał gdzie był i co widział), na jachcie podczas robienia zdjęć, podczas wspólnej kawy (Jego normalnej, mojej mrożonej która nie była tak udana jak się spodziewałam), podczas rejsu (D. jakoś wpasował mi się w tło i nawet by do żeglarstwa pasował) i powrotu do domu.
    Wszystko na miejscu, nic do zarzucenia. Pełen naturalizm (mama nam nawet uwagę zwracała żebyśmy przestali się bić, tłuc, łaskotać, próbować wrzucać do wody), zero udawania, zero sztuczności.

    Więc, kurwa, co ma być nie tak???


    Noc natomiast spędziłam na ławie w kuchni, bo mama spała u mnie ze swoją kumpelą a ojciec zrobił awanturę, że ja z nim spać nie będę i że moja starsza jest #Z)%*$)^(#&$^*#&@$^#*.

    Rano robiłam za „przynieś, podaj, pozamiataj”, zrobionego przeze mnie śniadania nikt nie zjadł, a kiedy moja frustracja sięgneła zenitu i zaczęłam odmawiać spełniania wszelkich życzeń, koleżanka mamy zaczęła mi zwracać uwagę na to, że mamie nie chcę usłużyć. Oczywiście zabijając mnie przy tym wzrokiem.
    Dzień skopany jak nic.
    „Popłakałam się” D. przez gg, pomarudziłam strasznie i…nie doszłam do niczego ciekawego tak naprawdę.
    Lipa taka, że wszyscy w rozjazdach, D. czasu dziś nie ma (może nawet lepiej, muszę się od Niego na jakiś czas odizolować) i źle mi tak samej.

    W łeb sobie tylko strzelić.

    Archiwum.

    2 komentarzy

    Podjęłam kolejną próbę czytania notek od kwietnia. Od czasu kiedy jestem z D..
    I co? I nic. Tak jakbym znów popadła w grobowiec, który było mi dane odwiedzać jeszcze do niedawna.

    Nie umiem wrzucić na luz. Po prostu nie potrafie! Nada rozpływam się w związku i nic po mnie nie zostaję. Niczego nie nauczyłam się po ostatnim półtora roku. Bo wnioski wyciągnęłam. Gorzej z realizacją postanowień (a czy jakiekolwiek były?).

    Jutro z D. jedziemy do Świnoujścia (wow! nosz kurwa normalnie niemożliwe! – sorry za sarkazm, nie mogłam po prostu…) do mamy, wracamy albo jachtem albo…HGW.

    Właśnie. Te moje złośliwe docinki.
    Czy manifestująć „nie ma ludzi idealnych” podświadomie takowych szukam? Bo przecież co rusz coś mi nie pasuje we wszystkim (tak tak, mogę to ubierać w słowa i tak wszystko sprowadza się do jednej osoby…).
    „Bo ludzi się bierze takimi jakimi są” – powtarzają mi to co rusz inni ludzie.
    A ja chyba nie umiem. Nie nauczono mnie tego. Przez cały mój marny i krótki żywot szlifowano mnie do bólu, bo miałam być idealna. Robiono awantury, gdy się buntowałam. I to teraz rewelacyjnie odibja się na moim związku. Na relacjach z ludzmi. Na tym, że nigdy nie wiem kiedy przestać. A jak przestaje, to za późno.

    No popatrz no, przeccież sama wyciągam wnioski, jestem świadomo, to do cholery czemu w kółko robię to samo? Widzę, analizuję (analiza to chyba moje hobby, analizuję najbardziej kretyńskie rzeczy doprowadzając się do granic wytrzymałości emocjonalno-fizyczno-psychicznej) i gówno z tego mam. Po jakimś czasie wszystkie moje nieprawidłowości (jakie piękne słowo – zaczerpnięte z terapii, he he) wracają i chuj bąbki strzela – choinki nie ma.

    Dziś w ramach frustracji (cierpienia, rozżalenia, smutku, tęsknoty etcetera, etcetera) czarnym markerem pożyczonym od D. nabazgrałam sobię na ścianie Jego imię i nazwisko pisane kanji (po japońsku). No co? Jak mnie rzuci (albo ja Jego, co bardziej prawdopodobne przy moim braku zaufania do Niego chociaż kto wie jak to będzie) to sie pokój przemaluje. I tak planuję remont od dawna.
    Dorzuciłam jeszcze kilka cytatów z piosenek, parę innych bazgroł po japońsku (m.in. moje imię pisane katakaną, bajery w hiraganie i takie tam) a po odnalezieniu niebieskiego markera – również należącego do D. – wybazgrałamn 2 kwiatki (te same które widnieją na listach do Niego – nie mówiłam że pisze Mu listy? Pisałam, cały miesiąć jak w Darłówku byłąm).
    Chodziłam, skakałam, tańczyłam, gadałam do siebie i bazgrałam. W ten oto sposób kuszę rodziców to podjęcia decyzji o przemalowaniu pokoju. Chociaż oni i tak (chyba) są w pełni świadomi że czyste ściany będą oznaczać jedno – nie nacieszą się swoją dziewiczością (tak to się mówi?) za długo :>.

    Alem się rozgadała…

    Kot? Nie ma. Nie ma skrzypiących podłóg, nie ma siersciucha ocierającego się o nogi, wbijającego pazury tu i ówdzie. Nie ma drapania podłogi, nie ma zakpywania w kuwecie swoich „skarbów”, nie ma biegania za myszkami – maskotkami. Nie ma Kota. Nie ma. A to boli.

    I nadal nie wiem co mam zrobić z rachunkiem za kremację.


    • RSS