criminalist blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2005

    Dzwonił.

    2 komentarzy

    Wczoraj do pracy.
    Że nie chce ograniczać tej znajomości do pracy zawodowej.
    Że przez ostatni czas stałam się mu bliska.
    Że powinnam brać pod uwagę fakt, że dzieli nas ponad 100km.
    Hmm, chyba do niedawna to nie był taki problem.
    Well, wychodząc z założenia, że faceci częściej myślą dolną główką…

    Chce przyjechać na weekend, pobawić się ze mną w Can Can’ie na imprezie CPPA.
    To niech se przyjeżdża, ja i tak będę się bawić z kim będę chciała. I żaden facet w tym momencie mi do szczęścia niepotrzebny.

    A wczoraj było PAM + wydział prawa Party.
    W Soho.
    I było całkiem przyjemnie.
    Czyli 2/3 czasu na dj’ce, wygłupy z dj’em, pozdrowienia dla ratowników WOPR i medycznych, szalony taniec z nieznajomym panem na parkiecie (po tańcu poszedł zaznajamiać się z innymi kobietami w lokalu :> ), uśmiechanie się do kierownika lokalu (ah, pan Jacek, jak ja lubię jak mnie wzrokiem zabija), obmacywanie ochroniarzy, macanie tyłka Ani (starościna mojej grupy na uczelni ;>), wybieranie utworów…

    Szkoda tylko, że poranek zaczęłam od Red Bull’a :]

    Hehehe.

    4 komentarzy

    O ironio. R.wrócił do swojej byłej.
    Kij w to, ubolewam, bo szlag trafił współpracę. Nie przeze mnie, lecz przez niego. Poza „Wróciłem do Patrycji. Przepraszam” nie odpisał na moje „przekreślasz nawet współpracę? a ktoś tu mówił, że jeśli nic między nami nie wyjdzie…”
    Przypadek identyczny jak D.
    No ale cóz. Żyje się dalej.
    A M. nie ma dla mnie czasu do piątku. Tyle nauki. O ja biedna. Co zrobie? :) Zatęsknie się :)
    Na treningu kung-fu biegaliśmy bez koszulek (faceci bez, kobiet w, ale ja zdjęłam i w topie biegałam), na dworze, nacieraliśmy się śniegiem, turlaliśmy się. Podoba mi się takie coś. No i znów wykręcałam rączki „mojemu” przystojniakowi. Fajne stworzenie. Ale ja się nie zbliżam ;)
    ***
    Chyba mam dziurę w mózgu.
    Szkoda mi bardzo, ale to bardzo tego cholernego śpiwania!
    Mama jest na mnie zła.
    I ja też.
    Ale kto wiedział jak będzie?
    Ja wiedziałam.
    Znów.

    Gryfice

    2 komentarzy

    Powinnam walnąć głową w ścianę.
    Albo nie być z facetem.
    Tak! Znowu się zaczyna! Znowu będę się rozpisywać jaki to on niedobry i wogóle, bo nie pisze smsów ani nie dzwoni z imprezy, bo nie ma zasięgu w lokalu a poza tym wypił już tyle, że byśmy się nie dogadali.
    Dziwne, bo ja zasięg mam. Ale piję. Wściełe, wódę z fantą, malibu ze spritem. Bawie się wiatrówką, robię sobie zdjęcia i mam pretensje do świata, bo mój (nie cierpie tego słowa…) facet robi praktycznie to samo.
    Naprawdę powinnam walnąć głową w ścianę.
    A zdjęcia z wiatrówką są naprawde super.
    ***
    A ja tak stwierdziłam, że jednak wolę M.
    Mimo wszystko.
    Bo nie jest taki jak D. 
    A ja nie chcę tak samo. Ja chcę inaczej.
    I dziś M. po mnie przyjechał.
    Mimo wszystko.
    Chociaż upierał się, że musi zostać z mamą.
    Przyjechał.
    Ja chcę już być szczęśliwa.
    Mimo wszystko. 
    To M. jest kimś, dla kogo ja się liczę.
    Mimo wszystko.

    Wyciszenie.

    2 komentarzy

    W Can Can’ie zaśpiewałam AŻ 2 piosenki.
    Coracao – przy którym Dj na ostatnią chwilę montował mi mikrofon – oraz I like it – do którego za dużo nie zrobiłam bo wiadomo – wokali tam pełno.
    Generalnie piątki w Can Canie słabe są, muzyka była średnia (grali wszystko łącznie ze smutami :/ ble).
    Ze znajomych tłumu nie było (dziękuję Dianie i Sławkowi, Danielowi z Olą, no i Adrianowi z Patrykiem :)). O ironio, spotkałam byłą żonę brata Niebieskookiego. Fajnie nie? Heh…
    I kumpelę z podstawówki.
    I mój prywatny barman zrobił mi pyszną kawę bananową, potem coś słodkiego bez alkoholu i coś słodkiego z alkoholem :) mrrr…
    Pod koniec zostałam sama z Adrianem (instruktor fitness hehe), przyjemnie się pobawiliśmy, potyraliśmy dj’ów za muzykę, sympatycznie było. No i nawet zostałam odwieziona pod samą klatkę, hehe :P
    Roger odezwał się do mnie po północy. Lepiej późno niż wcale, ale chyba za bardzo interesuje się mna jako swoją potencjalną kobietą niż własną wokalistką.
    A M. gadałam. Rozwaliło mnie jedno. Facet nie wiedział, że powinien ze mną od samego początku grać w otwarte karty.
    No przecież kurna przy takim układzie szczerość to podstawa! Bo przez brak tej rzeczy wychodził syf jaki wychodził – jego zazdrosne smsy, pretensje.
    „Bo w twoim toku rozumowania to racja, nie musimy się sobie tłumaczyć”.
    Przepraszam, tylko w moim?! To chyba logiczne, że jak się z kimś nie jest, nie ma się wobec niego ŻADNYCH zobowiązań, to niech nikt nie liczy na spowiedzi? Bosh, co za facet…  I jak nagle w głowie pojawiło się (ja chcę do M., on nie zachowuje się jak ostatni dupek). No i życzenie się spełniło.
    Pod koniec spaceru-rozmowy z M. rozbeczałam się i utonęłam w jego ramionach.
    Z Rogerem gadam, ale mam na niego wielkiego focha. I już.
    Dziś jadę do Gryfic na imprezę andrzejkową, o.

    Jutro o 22 idę do Can Can’a na próbę swoich sił w improwizacji w muzyce house.
    Tzn. będą sprawdzać jak śpiewam.
    Konkretnie to Jazzek, właściciel lokalu, znany szczeciński dj.
    Mama dzwoniła do niego jakiś czas temu.
    Z resztą byłam tam, ale jego nie zastałam.
    Dzwoniłam dziś do niego w związku z Batizado Troca de Corda grupy Companhia Pernas Pro Ar (moja ex grupa capoeira), które odbywa się w tym roku w Szczecinie, a coś a’la „brasil party” będzie właśnie w Can Can’ie. 
    Tak więc Jazzek, jutro o 22, zaprasza mnie na imprezę. I zarzucił mailem, coby nazwiska znajomych podesłać, na liście umieści, w loży posadzi.
    To wszystko dzieje się za szybko.
    ***
    Na basenie pobiłam swój rekord zmiennym na 100m.
    Popłynęłam o 7 sec lepiej niż na zawodach.
    Cud.

    Horskopy.

    3 komentarzy

    Dopadło mnie. Zaczęłam bawić sie w numerologie, horoskopy partnerskie.
    Popadłam w szał, czytając jak to strzelec do strzelca pasują.
    Tylko kurwa mać czemu mi z D. nie wyszło?!
    No właśnie, spojrzałam sobie jak to nasze numerki do siebie pasują i…nie pasują.
    Bo ja nie rozumiem tego materializmu u D. I to by się zgadzało. Nie pociąga mnie sportowiec jeżdżący tylko dla kasy.

    Śpiewam.

    2 komentarzy

    Nareszcie.
    Mogę oficjalnie stwierdzić iż

    jestem wokalistką house

    Całe 2 dni przesiedziałam w Świdwinie (Asiu dziękuję za towarzystwo w pociągu i przygarnięcie w godzinach sobotnich popołudniowych! :)) na przesiadywaniu w sklepie samochodowym, jedzeniu hamburgera (zimny był!), malowaniu oczu eyeliner’em (wiecie, takie kocie spojrzenie wtedy mam), pływaniu na basenie, zjeżdżaniu w rynnie i przywalaniu w nią głową na zakrętach (tam specjalnie nie ma światła!!!), leżeniu w saunie, rozmawianiu o imprezach, narkotykach, pakerach na sterydach, filmach, podejściu do życia, na szybkiej jeździe dobrym samochodem (ja za kierownicą oczywiście)…
    I co najważniejsze.
    Śpiwaniu.

    Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że zawsze pojawiam się w odpowiednim miejscu, w odpowidnim czasie.
    I nic nie dzieje się bez przyczyny.
    ———–
    A pan M. to w histerię prawie wpadł.
    Bo na smsa „Co robisz mała? Odwożę kumpla to może podjadę do Ciebie?” odpisałam „Właśnie wychodzę z basenu…w Świdwinie :)”.
    M. oczywiście nie raczył w piątek, pod Kerfurem zanotować w swojej świadomości, że na weekend wyjeżdżam. I po tym, jak zadzwoniłam do niego, aby go naprostować, pomarudziłam, że mi głowa odpadnie bo w samochodzie tuba basowa wali straaaaaaasznie, i że wracam w niedziele (na pytanie czy M. po mnie przyjedzie na dworzec usłyszałam ostre i sarkastyczne „NIE”), M. uraczył mnie sms’em:

    Miło że jesteś gdzieś tam i mi nic nie powiedziałaś. Ale skoro ja nie mogę po Ciebie przyjechać to niech ten kolega z fajną tubą basową Cię odwiezie.

    Za co kurna…
    I się rozpętała namiętna konwersacja. I że ja egoistka, że nie myślę o nim, że to, że tamto.
    I wiecie co?
    M. to ciota. Zakompleksiony facet, który oczekuje ode mnie że będę go dowartościowywać, robić wszystko jak marionetka na sznureczkach które on pociąga, bo ma tak niskie mniemanie o sobie.
    Żenujące.

    Balans.

    Brak komentarzy

    Dziś byłam na granicy. Na krawędzi. Widzałam to, czego nie widzi każdy.
    Czułam to, czego nie czuje każdy.
    Dotykałam tak jak nigdy.

    Granica wytrzymałości.

    Jęk.
    Ból.
    Skurcz.

    Nie wiem, czy to przez to, że lada moment nadejdzie miesiączka?

    Nie pamiętam, żeby jakikolwiek trening tak wyglądał.

    Pompowałam dziś. Dużo. Fakt – damskie. Ale i tak jestem pod wrażeniem. Od czegoś się zaczyna.

    You’ll never hear me crying
    You’ll never see me trying
    to love you once again
    your love is so past tense

    Do końca listopada muszę wyrobić prowizję 650zł. Do końca października miałam zrobić 400zł, zrobiłam 150. I lipa.
    Jeśli nie dam rady, to sayoonara. Bo szef nie będzie mnie miał z czego utrzymywać, bo na mnie nie zarabia.
    Taka jest przynajmniej jego wersja.

    Dzień wczorajszy i dzisiejszy utrzymany był na Red Bullu. Masakra. Zasypiam zawsze i wszędzie. To ta pogoda? Szef mówi, że może anemia (ekhem).

    Czułam się dziś bardzo źle w towarzystwie M. Jeszcze trwa konwersacja smsowa.
    Spotkaliśmy się, mając ochotę rzucić mu się na szyję zadowoliłam się jedynie nadstawionym policzkiem. Impuls ten polazł wgłąb mózgu – euforia zjebała się z najwyższego piętra aż do piwnicy i miałam w dupie wszystko.
    Nie odzywaliśmy się do siebie prawie wogólę.
    M. wykazywał ochotę na konwersację. Ja nie.
    Szliśmy w odległości jakiegoś metra od siebie.
    Nie miałam ochoty go zatrzymać, przytulić, pocałować.
    Bo już od początku zostałam „ustawiona”.

    A teraz?

    „Ciągle cierpisz po kolarzu. Jestem tylko odskocznią. Nigdy nie będę taki jak on.”

    Chryste! A sms wcześniej pisał, że nie jesteśmy i nigdy ze sobą nie będziemy (w sensie ja i M.). I gdzie tu logika dotycząca „przekazu sensu” w jego smsach?!

    Cała ta sytuacja zaczyna mnie zakręcać.

    Tymczasem istnieje sobie Roger.
    Poznany na Independance.
    Świdwin.
    Więc kawałek ode mnie.

    Mam dla niego śpiewać. Mam śpiewać na imprezach jego znajomych.
    Przecież tego chciałam.
    Dzwonił przedwczoraj.
    Rozmawiamy na gadu.
    Dzownił dziś, ale siedziałam u kumpli.
    A teraz już chyba śpi…

    Takie tam, nic specjalnego.
    Za to bardzo szczere.

    Ciągle faceci.
    No co ja poradzę, że kobietom tak bardzo nie ufam?

    Nie mogłam spokojnie zasnąć.
    Nie funkcjonuje też do końca normalnie…tylko nie wiem jeszcze, w jakim sensie.

    Myśle.
    Nie musze pisać, o kim.

    Znów mnie napadło, trzyma i nie chce puścić.

    Serce mi nie wali, nie czuje napływającego ciepła.

    To nie jest też ból, to nie jest też cierpienie.

    Ale kiedy słucham The Roc Project feat. Tina Arena „Never” (Tiesto mix) to coś wewnątrz mnie się dzieje. Ulatnia? Pęka? Bulwersuje się?

    Nie wiem.

    Przypominają mi się migawki z filmu z imprezy Sunrise Festival 2004, który często oglądałam u D.
    Bo to tam usłyszałam ten kawałek…


    • RSS