Tak, jestem zwolenniczką sprawnej organizacji czasu ponad wszystko. Ale nie drastycznej organizacji bez szczypty spontana. Rutyna zabija nie tylko związki między ludźmi, ale i pracę. A już na pewno pracę, jaką jest animacja.

W niedzielę pracowałam wyjątkowo poza mini clubem i niestety nie powtórzy się to raczej nigdy, jeśli o ten sezon chodzi. W niedziele wyjeżdżał też Mistrz Niemiec w hip hopie (Polak z pochodzenia), z którym tańczyliśmy przedstawienie w zeszły czwartek i z którym bujałam hotelem (co muzyka to nowe ruchy). Tak więc niedziela upłynęła pod znakiem dobrej muzyki i dobrej zabawy połączonej z pracą. Padł pomysł z mojej strony – afterparty o 17 dnia każdego. Nie, o 17 Neckermann ora grę. Więc dziś o 13. Też nie, bo wszyscy to mają w dupie, poza tym każdy panicznie boi się, że jak poleci jeden numer spoza repertuaru animacji (tańce klubowe nad basenem o 13), dyrektor przyleci z ryjem. Wszystko wg kartki sumiennie rozdawanej nam przez szefa co tydzień, wszystko wiecznie zaplanowane, każdy spierdalający do domu jak najszybciej. To rozumiem akurat. Nie rozumiem jednak nadal, czemu wszędzie gdzie się znajdę, jako jedyna posiadam jakąś tam idealistyczną wizję świata, pracy z ludźmi i ogólnej egzystencji.

Definitywnie czas wracać do domu. Jeszcze 3 miesiące.