criminalist blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: muzyka

    Kontuzja za kontuzją, to motyw przewodni mojego życia ostatnio. Tym razem po dupie dostał mięsień dwugłowy, czuję, że bez lekarza się nie obędzie. Sama nie wiem czy rezygnować z treningów czy chodzić i robić to co jestem w stanie zrobić, bez piłowania nogi.

    Inna sprawa to bycie w polu z pracą mgr. Nie wspominam też o pracach zaliczeniowych do napisania na różne przedmioty.

    Wykręcić się jedynie mogę pracą i treningami które skutecznie mnie wypompowują. Co do pracy, to się cyrk na kółkach zaczyna, bo muszę się nauczyć…składania mixów do spotów reklamowych. Ajeeeeee.

    Zasnęłabym sobie na jakieś dwa tygodnie.    

    Jeszcze tylko trzeba wiedzieć czyje słowa i czy faktycznie chcemy się od nich oddzielać ścianą. 

    W 3 tyg powstały 2 produkcje z moim wokalem spod rąk tego samego producenta. Kroi się trzecia. Nie muszę mówić, iż 2 poprzednie mają remixy. To jednak nie jest powodem ku temu, aby ucinać ewentualne rozmowy, przypominające o tym, w jakiej branży się poruszam. Nie pierwszy monolog, nie ostatni, nie pierwsze i nie ostatnie prostowanie mojej osoby. 

    Tylko co, jak my chcemy bardzo, ale mimo wszystko i tak pierdolniemy jakąś głupotę?

     

    Nie wiem jak pogodzę pracę podczas audycji, w biurze radia (marketing, reklama), nauke do egzaminów i pisanie pracy mgr która bardzo, ale to bardzo nie chce iść, pisanie tekstów i tworzenie wokali (właśnie kończy się następny, dziś nagrywam…), wyjeżdżanie na zjady czy też śpiewać w teren, bądź samo spędzanie nocy w szczecińskim klubie i odsypianie na kolejny dzień…A no, treningi jeszcze.

     

    Czy doba nie może mieć 36h? Proszę….

    Hmm, jakieś 90% lenistwa i 10% kreatywności. Dosłownie ;)

    A na poważnie, to jestem przećpana muzyką do stopnia rozdrażnienia manualnego, czymkolwiek by to nie było. Taki miałam weekend.

    Wyłączanie telefonu i odcięcie się od netu w sensie komunikacyjnym to fajna sprawa, mimo iż tylko półtora dnia, ale robi swoje :) Chociaż mimo wszystko łapałam się na myślach ‚co, jeśli zadzwoni ktoś ważny z czymś ważnym albo dzieje się coś strasznego’. Chyba jednak nie potrafie myśleć tylko o sobie.

    A teraz poluje na jakiś zagraniczny label który wyda owoc współpracy, lenistwa i kreatywności, dopieszczony w miniony weekend właśnie :]

    Jak to śpiewała Celine Dion.

    No stało się, nadchodzi dzień który dniem pozytywnym być powinień. Po południu wsiąknę, wyłącze tel, oleje gg i maile (buahahahaha ! jasne…) i będę gdzieś tam coś tam.

    W sumie dobre dni mogą trwać nawet od czwartku, kiedy do zasiadłam przed syntezatorem Yamaha który robi TAKIE rzeczy i kosztuje jedyne 10 tyś PLN. Podnieciłam się konkretnie.

    Jeszcze bardziej podniecił mnie fakt nagrania swojego wokalu przez samą siebie dla siebie. Do złożenia z numerem Kyau and Albert  – I love you (Cosmic Gate mix). Podniecona byłabym bardziej, gdybym posiadała jakiąś tam lepszą znajomość klejenia produkcji, hehe. Na szczęście są ludzie, którzy mają do tego ręce i głowy i można to właśnie im zostawić.

    No to co?

    Sanszajn za oknem, koko dżambo i do przodu.

    Życzę ja. Jako osoba prywatna i jako osoba publiczna, bo takową mogę siebie nazywać, przywoując tutaj sukcesy mojego życia codziennego, którego rzeczwistość zlewa się w jedno z moimi marzeniami.

    Rok ten kończę muzycznie, bo i w radiu i na dj’ce bądź barze jako wokalistka.

    Wielu z was życzy mi imprezy Sunrise Festival 2010 ale z moim głosem nie z płyty cd, ale już na żywo.

    A ja życzę wam czego chcecie. O.

    Liberatus a siebie sobie nawzajem życzymy? :)

    enHouse 2009 upłynął pod znakiem zdjęć, wywiadów i przećpania się zarówno informacjami jak i muzyką. Na samą myśl ile czeka mnie tłumaczenia robi mi się nie dobrze. No i jeszcze się nie wyspałam.

    Czy ktoś mnie jeszcze wogóle czyta?

    24

    Brak komentarzy

    No prosze, takie mam chill-out’a, ,że nawet o swoich urodzinach nie napisałam, a były wczoraj. Starsza o rok jestem w sumie ciut krócej, bo dosłownie od 23:55, więc szału nie ma ;) Torta spiekłam sama, smakował (konusmowała ochrona, barmani, kelnerki, tancerki, dj, oświetleniowiec, ‚bramkarka’ i jeden z właścicieli klubu Coyote w Szczecinie no i ja rzecz jasna), imprezy nie było bo się ludzie do lokalu nie zeszli (w sensie klienci, ja nikogo nie zapraszałam) więc po 1 byłam w domu. To się nazywa spokojne urodziny.

    Życzeń za to otrzymałam od ponad 100 osób.

    A, no i ekipa z Coyote’a składała się na słuchawki (dj Miqro również, wow).
    Sennheiser HD 202. Do audycji w ICE FM. :]

    Na dzień dobry zacznę tylko wzmianką, że śpiewało mi się wręcz super w nocy z soboty na niedziele weekendu obecnego. I to w Stargardzie. Takie rzeczy się raczej nie zdarzają, a tu proszę, niespodziewajka. Byle bym tylko z chrypy zeszła do piątku.

    Natomiast wątek damsko-męski zawarty w tytule notki tyczy się mojego zdumienia. Będzie bardziej wylewnie, no ale musze. Jakim cudem pierdolony casanova nie rozebrawszy siebie ani mnie (przy czym byłam w jeansach i koszulce no, zero szału), finishuje po niecałych 2ch minutach po tym jak już raczyłam ‚pojawić się na wysokości zadania’?!

    Nie mam kurwa pytań.

    Dodam jedynie, że im starszy facet, tym większy w niego bezmyślny 16latek w łóżku. Oni naprawdę myślą, że się mocno pomiętosi i już będzie zajebiście.

    Zajrzałam do września 2003. I dotarło do mnie to jak bardzo się zmieniam. Z dziecka w kobietę. Jak bardzo zmienia się mój tok myślenia, jak bardzo zmienia się świat, który mnie otacza. Klasa maturalna, blog założony tuż po skasowaniu starego, co spowodowane było narobieniem mi syfu w życiu prywatnym przez moich ‚kolegów’ z liceum. Następnie studia w Szczecinie. Początek studiów w Poznaniu. Szkoła muzyczna, studium wokalne, capoeira, kung fu. Mężczyźni życia mego. Walka pomiędzy egzaminami na studia a totalnym debilem który wreszcie stwierdził (poznałam kogoś kto należy do jego rodziny, przypadki chodzą po ludziach), że w tamtych czasach zachowywał się jak idiota. Potem pan D., wielka i ostatnia moja miłość (nigdy nie było tak i nie wiem czy kiedykolwiek będzie znowu) zakończona szybko i boleśnie, aczkolwiek przechodziło mi długo (wyleczył mnie Sunrise Festival 2006 i ogólnie MDT, które wciągnęło mnie właśnie przez D.). No i MDT. I ja, śpiewająca. Branża klubowa. Kopanie po dupie. Rozpacz i walka o swoje, przez 3 lata. Aż do momentu pierwszych live actów, pierwszych nagrań, bootlegu, zaproszeń…Aż do wyjazdu z kraju, pobytu w Hiszpanii.

    Aż do dziś.

    Masakra. A mówią, że ludzie się nie zmieniają.


    • RSS